Zbiór krótkich recenzji zużytych kosmetyków do makijażu i pielęgnacji.

W ostatnim poście (tutaj!) pokazywałam Wam sporawe zakupy, a dzisiaj usprawiedliwiam to dużą liczbą produktów, których żywot dobiegł już końca. :D

Tak więc zaczynamy!

 
Szarlotkowe masło Farmony - Zapach rozbiegał się trochę z moim wyobrażeniem, nie był aż tak słodki jak bym chciała, za każdy razem kiedy się nim smarowałam miałam wrażenie, że wtykam nos w lekko kwaśne jabłko z dużym dodatkiem cynamonu. Konsystencja produktu nie była tempa, ale dobrze zbita. Aplikowanie go na ciało nie sprawiało mi żadnych problemów, zostawiał film na skórze, ale nie przeszkadzał mi on. Zapach utrzymywał się jeszcze 4-5 godz. po wsmarowaniu. Niestety nie nawilżył mnie dostatecznie. Uważam, że będzie to dobry produkt dla osób z normalną skórą. Ja mam suchą, więc potrzebuje porządnego nawilżacza. 
Niemniej jednak używało mi się go bardzo przyjemnie. Zużycie zajęło mi ok.2-3 tyg. przy codziennym smarowaniu.

Kawowy Suflet Farmony - Od którego się zaczęło. :) To on skłonił mnie do kupienia kolejnego produktu z serii Sweet Secret. Pachnie NIEZIEMSKO! Jak mocna kawa z dodatkiem cukru i czekolady... Aż mi ślinka cieknie na samą myśl! Czym się różnił od szarlotkowego (prócz zapachu oczywiście)? Konsystencją, rzeczywiście przypominała suflet, lecz trochę mniej zbity niż ten jadalny, bardziej wodnisty oraz nie pozostawiał na skórze żadnego filmu, wchłaniał się kompletnie.
Mimo że, jak poprzednik, nie nawilżał dostatecznie, na pewno do niego wrócę, ze względu na niebiański zapach. :)

Peeling myjący Lirene - To nie pierwszy raz kiedy się spotykamy. :) Pamiętam, że miałam go jakieś 2 lata temu i byłam nim zachwycona, więc postanowiłam sprawdzić czy dalej będzie tak bardzo mi odpowiadać. Okazało się, że tak. Peeling jest naprawdę dobry, porządnie zdziera stary naskórek, ma bardzo dobrą konsystencję, przez co wygodnie się go używa. Jedynym jego minusem jest jego wydajność. Starczył mi może na jakieś 10 użyć max. Będę do niego wracać, ale myślę że przy okazji jakichś wyjazdów, a w domu po prostu wyprodukuję własny, kawowy zdzierak. :)

Scrub solny z Delawell - Ten produkt za to mnie nie zachwycił. Był przeciętny. Mocno zdzierał, ale miał konsystencje, która powodowała, że podczas peelingowania wszystko leciało na wannę. Dodatkowo zapach soli bardzo mi przeszkadzał i starczył mi na 2 użycia do całego ciała i parę razy do stóp.

 Żel pod prysznic Adidas - Baaardzo fajny żel. Nie miał jakiegoś szczególnego zapachu, ale lubię go za świetną, kremową konsystencje oraz bardzo dobre pienienie się. Już mam kolejne opakowanie. :)

Olejek Eucerin - Używałam go głównie do wykonywania masaży jednak parę razy zastosowałam go na całe ciało po prysznicu. Ma on walczyć z rozstępami - moje jednak są już za stare żeby jakiś kosmetyk mógł się z nimi uporać, więc pod tym względem nie mogę go ocenić. Polubiłam się z nim za prosty skład i oczywiście świetne odżywienie skóry. Jak to olejek, długo się wchłaniał, ale warto było czekać trochę dłużej, ponieważ skóra po nim była bardzo miła w dotyku, mięciutka i zdecydowanie dobrze odżywiona! Ze względu na wysoką cenę (ok.45 zł) wątpię, że kupię ponownie.

Balsam do ciała Lirene - Ten produkt miał bardzo dobre oceny na KWC, więc nie wahałam się przy jego kupnie. Nie miał jakiegoś szczególnego zapachu, raczej było to coś klasycznego i delikatnego. Miał konsystencje ciut bardziej zbitego mleczka, która nie pozostawiała żadnego filmu na skórze. Szybko się wchłaniał, łagodził podrażnienia, kosztuje ok. 12 zł i był bardzo wydajny. Przy odpowiednim używaniu mógłby starczyć nawet na ponad miesiąc, ale ja go sobie nie żałowałam i zużyłam w 3 tygodnie. :D Bardzo prawdopodobne, że do niego powrócę.

Woda termalna Uriage - Pierw myślałam, że będzie to gadżet, a później się uzależniłam. :) Świetnie sprawdzał się po umyciu twarzy żelem. Zaraz po spryskaniu ściągnięcie i jakikolwiek dyskomfort znikał. Lubiłam go również używać po wykonanym już makijażu w celu utrwalenia go i lepszego zespojenia. :) Starczył mi (50 ml) na jakieś 2-3 tygodnie, z chęcią kupię go ponownie bliżej lata. 

Tonik Lirene - Nigdy nie miałam lepszego toniku. Naprawdę! Jest to pierwszy produkt, który bardzo dobrze oczyszcza moją buzie, daje natychmiastowe uczucie świeżości, a przy okazji nie podrażnia i nie ściąga mojej delikatnej buzi. Starczył na jakieś 2-3 tygodnie i kosztuje ok. 12 zł. Teraz będę kupować wyłącznie jego. :)

Krem do rąk Deba - Przepiękny zapach! Pachniał jak prażone orzechy, bardzo intensywnie i smakowicie. :) Miał dobrą konsystencję, ani nie wodnistą ani nie gęstą, do tego naprawdę dobrze nawilżał, wchłaniał się szybko, pozostawiał delikatny film na dłoniach. Miał wygodne opakowanie. Z chęcią kupiłabym go ponownie w okresie zimowym, bo właśnie z tym czasem kojarzy mi się jego woń.


Masło truskawkowe The Body Shop - Mmmm... :) Recenzja tutaj!

Samoopalające mleczko Sun Ozon - Z samoopalaczami/bronzerami mam ten problem, że używałabym ich non stop, ale za lekko nawilżają. Ten był najlepszym ze wszystkich jakie miałam. Przy odpowiedniej aplikacji nie było mowy o plamach. Szybko się wchłaniał, a efekt pojawiał się już po ok. 2 godz. Na mojej bladej skórze prezentował się bardzo naturalnie, a byłam zdecydowanie bardziej przyciemniona. Po 3 aplikacjach myślę że byłam ciemniejsza o 2 tony. Dodatkowo kosztuje niewiele, bo ok. 10 zł. Dla osób, które chcą się trochę przyciemnić będzie idealny. :)


Masło z zieloną herbatą i limonką Farmona - Bardzo udany produkt. Miał świetny, świeży zapach. Bardzo fajną, maślaną konsystencję. Cudownie nawilżał, zmiękczał i zostawiał delikatną warstwę ochronną na skórze. Był wydajny, starczył mi na około miesiąc. Bardzo możliwe, że do siebie jeszcze wrócimy. :)


Maseczka z błota martwego - Niestety coś kompletnie nie dla mnie. Bardzo mnie podrażniła, wysuszyła na wiór. Nie, nie i nie.

Krem do rzęs L'biotica - Działa jeśli używa się go regularnie. :) Nie będę kupować go ponownie, ponieważ nie podobał mi się sposób aplikacji. Musiałam robić to palcami ponieważ dziubek wylewałby za dużo produktu na raz. Zamiast niego wolę tańszy balsam do ust (rumiankowy) z Alterry.


Peeling enzymatyczny FlosLek - To już moje drugie podejście do peelingów tego typu i, jak się okazuje, ostatnie. Wypróbowałam go na różne sposoby, ale ani razu nie uzyskałam zadowalającego mnie efektu. Po prostu potrzebuje czegoś mocniejszego. Peeling nie był dość wydajny.


Pomadka Nyx Rea - Ładny kolor, bardzo maślana konsystencja i niemożliwa aż pigmentacja. Wystarczyło, że dotknęłam ust 2x tym produktem i to co na nich zostało musiałam rozsmarowywać palcem bądź pędzelkiem. Przez masłowatą konsystencję bardzo się rozwalił, zachowywał się trochę jak sławne pomadki z Celli.  Nie wysuszał mi ust, ale nie miał też zabójczej trwałości 2 godziny to był maksymalny czas. Raczej nie wrócę do pomadek z tej firmy.

Podkład Rimmel Match Perfection - Mój w najjaśniejszym odcieniu - Light Porcelain, był świnką... Różowy jak się patrzy. I to był główny problem tego podkładu. Po za tym krył średnio, na buzi ugruntowany pudrem trzymał się cały dzień i wyglądał świeżo non stop. Miał wygodną pompkę, która wypluwała odpowiednią ilość produktu. Nie działo się z nim nic złego. Jak już się domyślacie - ze względu na kolor, nie wrócę do niego, ale myślę, że gdybym była różowa, z chęcią kupiłabym go raz jeszcze.


 Błyszczyk Rouge Bunny Rouge - Byłam do niego pozytywnie nastawiona, ale koniec końców nie porwał mnie. Miał ładny pomarańczowo-różowy kolor, który był na tyle transparentny, że dawał jedynie poświatę. Dawał cudowny efekt tafli i trzymał się bardzo długo - bez jedzenia i picia nawet 5 godz. Jednak miał okropnie gorzki posmak i niemiłosiernie się kleił. Kiedy miałam rozpuszczone włosy, a na dworze wiał lekki wiatr, myślałam że dostanę szału. 

Mgiełka do ciała Victoria Secret - Ta o zapachu Frosted Cranberry & Vanilla. Moja ulubiona mgiełka! Miała bardzo mocny, słodki i dość ciężki zapach. Utrzymywał się na ciele może 1-2 godz. Ale często używałam go zamiast perfum, po prostu psikałam się parę razy dziennie. :)
Na pewno na allegro będę łapać okazję z mgiełkami VS i jeśli znajdę tą to bez wahania kupię ponownie, ponieważ zapach mnie oczarował. 

A Wy dużo zużyłyście w ostatnim czasie?
Miałyście któryś z w.w. produktów? 
Dajcie znać w komentarzach, jestem ciekawa Waszej opinii!



Komentarze

  1. Wow, ile maseł do ciała i balsamów! A samo denko spore :) Żadnego z prezentowanych produktów nie znam.

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie Farmonowa szarlotka roluje się na skórze :/ I zapach też mnie lekko rozczarował.
    Peeling Lirene mam i bardzo lubię ^^

    Fajne, spore zużycia (:

    OdpowiedzUsuń
  3. Oba peelingi zarówno ten z Lirene jak i z Dellawel sprawdził się u mnie bardzo dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Widząc kosmetyk "szarlotkowy" już sobie wyobrażałam zapach, a tu jednak nie jest tak idealnie :D ale za to w rossmannie dorwałam 'sernikową' herbatę, smak średni, ale zapach obezwładnia :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam zapach kawy, więc ten kawowy suflet mnie kusi :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Też mi się nie spodobał ten scrub solny Delawell. Mógłby mieć lepszą konsystencję.

    OdpowiedzUsuń
  7. Też mam scrub Delawell, ale jeszcze nie używałam. Kurcze szkoda, że jest kiepski, liczyłam, że będzie dobry :(

    OdpowiedzUsuń
  8. Co do kremu z L'biotici: nie polecam. Tak jak piszesz jest trudny w aplikowaniu i u mnie dodatkowo po godzinie lubił odkładać się na powiece przez co kreska z eyelinera rozmazywała się niemiłosiernie. Efekty były ale nie powaliły mnie. Jednak nie spisałam ich na straty i sięgnęłam po odżywcze serum do rzęs. I to było to!
    W Super-Pharmie często przeceniają go z 17 na około 10 złotych. Wypróbuj jeśli chcesz :)

    OdpowiedzUsuń
  9. uzywalam wody uriage i jest super,zapraszam do mnie http://annatygryss.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Każdy komentarz będzie mile widziany. W blogowaniu to właśnie Nasza interakcja jest najlepsza. :)